Wg mnie Grzesiek ma rację.
Dlaczego dzieci muszą zobaczyć motyle na żywo? Wg mnie edukacji, nie da się zamknąć w ekranie.
Czy można naprawdę poznać świat owadów tylko przez zdjęcia i filmy?
Czy fotografia wystarczy, by zachwycić się złożonością skrzydeł motyla albo poczuć delikatny uścisk gąsienicy na dłoni?
Z mojego doświadczenia – absolutnie nie.
Prowadzę warsztaty edukacyjne dla dzieci z przedszkoli i szkół podstawowych, poświęcone owadom – głównie motylom. Odwiedzam zarówno duże miasta, jak i mniejsze miejscowości, szkoły z bogatym zapleczem i te z bardzo skromnym. Ale niezależnie od miejsca, jedno się nie zmienia: dzieci chcą widzieć, dotykać, doświadczać.
I właśnie dlatego nie da się zastąpić bezpośredniego kontaktu z naturą żadnym ekranem/fotografią/filmem/sztucznym eksponatem.
Podczas moich zajęć wykorzystuję zarówno multimedia (filmy, zdjęcia, dźwięki), jak i zbiory gablotowe oraz – co najważniejsze – żywe owady w różnych stadiach rozwoju. Zaskoczenie dzieci jest natychmiastowe. Większość uczestników z miast myśli, że motyle w gablotach są sztuczne. Nie wierzą, że takie stworzenia istnieją. Te owady okazują się „niemożliwe” żeby istaniały.
Gąsienica Brahmaea japonica wygląda według nich jak model kosmity. Siliquofera grandis – ogromny, liściopodobny owad – wydaje się gumową zabawką. Papilio palinurus, zmieniający kolor skrzydeł z zieleni na turkus w locie? „Na pewno to jakaś sztuczka” – mówią.
Prawdziwa magia zaczyna się jednak wtedy, gdy coś się wydarza na ich oczach. Gdy Attacus atlas wykluwał się z kokonu podczas lekcji – dzieci nie mogły pojąć, że taki potężny owad mógł zmieścić się w tak małej poczwarce.
Dzieci chcą dotknąć kokonów, wziąć na rękę gąsienicę i poczuć, jak mocno potrafi się trzymać. Chcą usłyszeć, jak Acherontia atropos – piszczy, dotknąć naturalnego jedwabiu, sprawdzić twardość jaj owadów. Zaskakuje je również to, że motyle nie żywią się wyłącznie nektarem – ale również sokami z owoców, potem, krwią, a nawet... KUPĄ.
Na początku zajęć często muszę wręcz ukrywać żywe okazy – bo natychmiast przyciągają całą uwagę i „kradną show”. W oczach dzieci od razu widać prawdziwe zainteresowanie. Żadne zdjęcie ani wideo nie jest w stanie tego wywołać.
Niemal każde dziecko, które spotykam, nigdy nie widziało na żywo mieniaka i tego, jak jego skrzydła zmieniają barwę w świetle. Fotografia tego nie oddaje. Ale prawdziwy owad – tak.
Edukacja zmysłowa to edukacja, która zostaje na dłużej
Świat owadów to nie tylko biologia – to doświadczenie, zmysły, emocje, pamięć. Pokazanie dzieciom, że przyroda jest realna, dostępna i niesamowita, to inwestycja w ich ciekawość świata, empatię i wiedzę.
Dlatego tak bardzo wierzę w łączenie technologii z tym, co prawdziwe. Bo natura – jeśli tylko damy jej dojść do głosu – potrafi zachwycić bardziej niż cokolwiek stworzonego na ekranie.
A udawanie, że możemy obyć się bez prawdziwych eksponatów, to jak oglądanie cukierni przez szybę wystawową – z zakazem wąchania, smakowania i dotykania.
Bez tej całej otoczki nowe pokolenia dorastają w przekonaniu, że przezierniki osowce to „wstrętne osy”, które trzeba rozdeptać. Zabijają gąsienice na koprze, nie wiedząc, że to paź królowej. Boją się też stworzeń, które nawet nie mają otworu gębowego, by kogokolwiek ugryźć.
Wystarczy zajrzeć na facebookowe grupy, by zobaczyć, jak wiele osób ma problem z odróżnieniem fruczaka gołąbka od zawisaka powojowca…
także ten , rozpisałem się
