Etykietujemy owady, czyli nieco o ... moralności

Każdy kto zbiera owady wie, że okaz bez etykiety nie ma wartości naukowej. Krąży nawet anegdota mówiąca, że etykieta jest ważniejsza od samego okazu. Okazy są więc zaopatrywane w etykiety, a te bez etykiet są w zbiorach dyskryminowane jako niemające wartości naukowej. Cóż jednak zrobić z okazami, których miejsca czy daty połowu nie da się ustalić? Jak to się dzieje w praktyce? Dzieje się bardzo różnie i właśnie o tym chciałbym napisać parę słów.
Wróćmy do okazu bez etykiety. Taki okaz jest bez wartości i wygląda tak "nieładnie", że łatwo może przyjść do głowy pomysł, aby go zaetykietować. Jeżeli nie znamy miejsca połowu - nic nie szkodzi - kiedyś go widzieliśmy (albo ktoś go widział) w miejscowości X. Ktoś nam przekazuje serię okazów z Bieszczad - bierzemy swoje kartki
i piszemy: Bieszczady, miejscowość, data. A nasze nazwisko zostaje (w końcu tak ładnie brzmi). Zresztą kartek "tego kogoś" nie mamy. Wylęgło nam się 45 okazów pazia żeglarza - wpisujemy miejsce i datę połowu samicy. Jeśli ktoś jeszcze do tej pory się nie zdenerwował to gratuluję poczucia humoru!

TAK NIE WOLNO! Dlaczego tak nie wolno? Mógłbym w tym miejscu przytoczyć wiele historyjek. Najpierw chciałbym jednak obronić okaz bez etykiety. On nie tylko ma wartość, ale nawet ma po części wartość naukową! Może służyć jako okaz porównawczy (o ile jest dobrze oznaczony). Przy pewnych gatunkach okazy pochodzące z odległych regionów mogą się zewnętrznie dość znacznie różnić, ale nośnikami cech taksonomicznych będą zawsze.

Dokładne zaetykietowanie każdego okazu w zbiorze niekiedy okazuje się niemożliwe. Jeśli jednak zrobimy to na siłę, musimy liczyć się z przykrymi konsekwencjami, mającymi związek nie tylko z przekłamywaniem danych, które mogą zostać kiedyś danymi naukowymi. Przy podkładaniu swojego nazwiska kiedyś może się okazać, że byliśmy w tym samym czasie w dwóch miejscach jednocześnie (który okaz jest fałszywy?), lub też odkryjemy pewnego dnia (lub co gorsze zrobi to ktoś inny), że byliśmy gdzieś, gdzie nigdy w życiu nie byliśmy. W dobie napływu motyli z zagranicy i hodowli rzadszych gatunków, coraz częściej będzie można mieć większe serie okazów i etykietować je według jednego czy kilku egzemplarzy. Przy takim fabrykowaniu okazów może się nagle okazać, że paź żeglarz jest wiele pospolitszy niż 30 lat temu. Tymczasem okaz z etykietką "Polonia, X, ex ovo, 1994" nie jest gorszy od złapanego w terenie. Jest on inny, przedstawia sobą nieco inną wartość, ale jest przede wszystkim autentyczny. Również stare etykiety (choćby tylko samo nazwisko, kraj lub np. 1882) nadają okazowi pewien "charakter" i wyróżniają go spośród innych. Na jego podstawie można również wnioskować niektóre dane.
Owady wyhodowane są czasem jakby niewygodne w zbiorze. Wylęgło się dużo okazów np. w lutym, a gatunek jest rzadki i do tego lipcowy. Zmieniają one obraz gatunku w gablocie (właśnie dlatego powinny być dobrze zaetykietowane). Jeśli widzieliśmy latem 6 sztuk "X", ale tylko jedną udało nam się złapać, to hodowlą możemy ten brak nadrobić. Jeśli chodzi o fakty, to jest wszystko w porządku. Ale tak naprawdę, to przecież oszustwo. Oszustwo to tym bardziej może okazać się przykre, gdy któregoś dnia, na skutek myślenia, uczenia się i dojrzewania, zrozumiemy, że źle zaetykietowanych przez siebie okazów ze zbioru nie da się usunąć - raczej trzeba będzie dla pewności usunąć cały zbiór!

Jak tego uniknąć? Etykietować jak najszybciej i od razu dobrymi etykietami, pisać tylko tyle, ile wiemy na pewno np. 17-25 VII; lipiec Tatry; Hiszpania itp. Niemal w każdym zbiorze znajdzie się okaz o niepewnym lub nieustalonym pochodzeniu. Przejrzyjmy swoje zbiory, może trzeba będzie zrobić mały porządek?
 

Jacek Kurzawa

Artykuł był opublikowany w Biuletynie Entomologicznym, nr.5, czerwiec, 1995.


entomo @ 2001-2017 www.entomo.pl